Otóż zarezerwowałem dzisiaj bilet lotniczy do Londynu za niecałe 90 PLN od osoby w jedną stronę. Wylot jest jednak z Poznania. Do Poznania muszę dojechać korzystając z usług PKP, które każą mi zapłacić 102 PLN za II klasę i czas trwania podróży ok 3 godzin. Do Londynu będę leciał równo 2 godziny. Jeżeli znam się na geografii to chyba jest różnica w odległości pomiędzy Poznaniem i Warszawą a Poznaniem i Londynem. A podobno wysłanie samolotu jest o wiele bardziej kosztowne w eksploatacji, niż przejazd pociągu na mocno uczęszczanej trasie. Chyba, że jednak się mylę?
Z Londynu mam wykupiony bilet do Bombaju za niecałe 290 funtów w obie strony, co w przybliżeniu wynosi ok. 1500 PLN. Ale wcześniej będzie międzylądowanie w Amsterdamie. Czyli znowu cofam się o 1/3 drogi. Jeżeli nadal chciałbym zminimalizować koszty to jest taka szansa, bo z Bejrutu lub Damaszku można również polecieć do Bombaju, tyle, że za 700 PLN w obie strony. Na upartego można dostać się do tych miast drogą lądową za ok 300 PLN. Problem w tym, że zabierze to trochę więcej czasu. I znów zagwozdka, no bo niby trudniej i bardziej skomplikowanie ale jednak taniej! Cena spada do 1000 PLN.
Oczywiście mógłbym skorzystać z oferty tych samych linii lotniczych, których lot wykupiłem w Londynie, bo oferują bezpośrednie loty z Warszawy, również z międzylądowaniem w Amsterdamie ale wtedy musiałbym zapłacić grubo ponad 2ooo PLN. Jednym słowem instynkt podpowiadający wybór jak na białego człowieka przystało, czyli prosto, wygodnie i przejrzyście, jest błędem i kompletnie nie opłaca się! Bo jeżeli można zrobić coś szybciej i oszczędniej, to w Polsce oczywiście i tak trzeba zapłacić więcej. Bo w Polsce nie obowiązuje logika. Powstaje pytanie - jak innym się to de facto udaje? Jeżeli ja biedny krewny z samego zaścianka Europy, mogę przejechać przez cały kontynent do centrum rozpasanego kapitalizmu, w którym cena chleba przyprawia o szalony zawrót głowy i mimo wszystko nadal mi się to kalkuluje, to coś jest chyba nie halo? Coraz częściej wydaje mi się, że nie rozumiem o co tu biega. A może rozumiem tylko to jeszcze do mnie nie dociera. W końcu mamy przecież kryzys!